sobota, 17 listopada 2012

Rozdział 6 ( List pani Weasley )


Tak więc dwa tygodnie spędziłam w swoim pokoju i czytałam książki które naznosiłam sobie tam z biblioteki.
W poniedziałek trzeciego tygodnia padał deszcz, żeby nie powiedzieć że lał. Mimo to, tak się cieszy;lam z odzyskanej wolności że wybiegłam z zamku. Wróciłam wróciłam z katarem i bólem gardła, ale szybko się wyleczyłam. Dni mijały i znowu nastała nieunikniona i bardzo niechciana nuda.
Zbliżają się święta, może pojadę wtedy do Lupina? A może nie. Wczoraj oglądałam trening quidditcha drużyny gryfonów. Po treningu Charlie podszedł do mnie i z uśmiechem powiedział
- Słuchaj Grace, mam do ciebie sprawę.
- Jaką?
- Otóż moja mama napisała do mnie list, który powinnaś przeczytać– powiedział nadal szczerząc zęby i podał mi trochę pognieciony pergamin.

Drogi Charlie!
Mnie martw się, nic nie przeskrobałeś. Piszę do ciebie ponieważ dowiedziałam się o tym co się stało tej małej Grace Potter o której mi z Billem opowiadaliście. Jestem pewna że wiesz o co chodzi.
Według mnie ten jej wybryk był spowodowany tym że jej się po prostu nudzi! Biedna dziewczynka, siedzi przez cały rok w Hogwarcie i nie wie co ma ze sobą zrobić.
Dlatego wpadłam na pomysł żeby zaprosić ją do nas na święta. Zapytaj się jej, a jak ci odpowie to napisz mi szybko. Wtedy wyślę sowę do profesora Dumbledora i zapytam Czy to możliwe.
Mam nadzieję że się nie rozchorowałeś.
Kocham cię, Mama

Kiedy przeczytałam spojrzałam na Charliego a on uśmiechną się jeszcze szerzej.
- to jak będzie? Chcesz do nas przyjechać?
- Tak! Szybko! Odpisz swojej mamie!
- Spokojnie, nie rozmyśli się.
Po tym wydarzeniu z niecierpliwością wyczekiwałam świąt.
No i w końcu się doczekałam. Dziś, kiedy uczniowie pojadą na stację w Hogesmeed ja pójdę do kominka i już jestem w Norze. To trochę dziwna nazwa, śmieszna, ale podoba mi się.
Właśnie kończyłam się pakować kiedy do pokoju ktoś zapukał.
- Proszę.- powiedziałam, a wtedy drzwi się otworzyły i do pokoju zajrzał Hagrid, wejść nie mógł, za duży jest.
- Psor prosił mnie żebym po ciebie przyszedł, gotowa?- zapytał, a ja zamknęłam walizkę i ruszyłam do drzwi. Szliśmy w milczeniu, oboje uśmiechnięci od ucha do ucha.
Po chwili już stałam w kominku Dumblusa i wołałam „Nora!”
__________________________________________
Przepraszam że tak długo czekaliście i że taki krótki, ale nie mam za bardzo czasu. Poza tym mam teraz szlaban na kompa więc będzie trudniej dodawać rozdziały. Mam nadzieję że mimo to będziecie czytać dalej ;)

niedziela, 4 listopada 2012

Rozdział 5 ( Przyjemne spotkanie z nadpobudliwym drzewem )

Charlie został kapitanem drużyny quidditcha, pozwolił mi przychodzić na treningi, a przed meczami mogłam siedzieć z nimi w szatni. Mówi że jak podrosnę to też będę grać w quidditcha, miał nadzieje że z nim a nie przeciwko. Jakiś tydzień temu była piękna pogoda, w ogóle nie wyglądało na to że to listopad, postanowiłam że trzeba to wykorzystać, przecież może to być ostatni ciepły dzień. Wyszłam na dwór i postanowiłam zrobić coś na co już dawno miałam ochotę. Ruszyłam w stronę stadionu do quidditcha. Wzięłam jedną miotłę i jednego z wielu kafli ze schowka i odbiłam się od ziemi latałam w tę i we w tę po całym boisku aż w końcu przerzuciłam piłkę przez jedną z pętli, powtórzyłam to kilka razy. Kiedy się znudziłam odłożyłam kafla i postanowiłam polatać nad błoniami.
Wiatr mierzwił mi włosy, a słońce sprawiało że nie było mi przez to zimno. Czułam się taka szczęśliwa i wolna, przez chwile się zapomniałam, leciałam prosto na zamek, ale w miarę szybko zorientowałam się że ktoś może mnie zobaczyć, a wtedy nie żyję. Odwróciłam miotłę i poleciałam jak najszybciej się dało przed siebie. Widziałam tylko góry, przez chwilę pomyślałam o tym czy może nie uciec. A le wtedy do trzeźwego myślenia przywołał mnie cios w plecy. Odwróciłam się, nie nikogo tu nie było tylko jakaś stara wierzba. Znowu dostałam! Tym razem w brzuch, z taką siłą że cofnęłam się o kilkanaście stóp. Po chwili zorientowałam się skąd przychodziły ataki. To ta wierzba!
Trzeba uciekać. Pomyślałam i odwróciłam miotłę i już miałam lecieć z powrotem na stadion, kiedy jedna z wici wierzby oplątała się wokół mojej kostki i pociągnęła w dół. Miotła spadła i się roztrzaskała, byłam dość wysoko. A ja? Ja zwisałam głową w dół i patrzyłam na trawę. Wierzba trwałą w bezruchu przez kilka minut, ja zresztą też, strach mnie sparaliżował.
W końcu zaczęło mi się robić strasznie nie wygodnie, krew napłynęła mi do mózgu i myślałam że zaraz się porzygam. Ruszyłam delikatnie lewą dłonią.
Wierzba zareagowała natychmiast gwałtownie spuściła mnie tak nisko, że gdybym umiała stanąć na rękach, już byłabym bezpieczna.
Drzewo znowu zastygło. Zrozumiała przez to że mam zejść. Jednak kiedy opuszki moich palców dotknęły trawy wystrzeliłam do góry. Wierzba zaczęła mną kręcić jak lassem. Nie wiem ile to trwało ale wiedziałam że całą twarz mam poranioną od witek wierzby.
W końcu zatrzymałam się, myślałam że to już koniec, zaczęłam się wyrywać, i krzyczeć, spokój już całkowicie mnie opuścił.
Wierzba zrzuciłam nie na ziemię. Przez chwilę byłam tak zdezorientowana, że nie mogłam się ruszać. Kiedy zrozumiałam że mogę już uciekać, było za późno jedna z gałęzi grzmotnęła o kilka cali od mojej głowy. Zaczęłam się cofać, następna uderzyła mnie w brzuch, wtedy z bólem odwróciłam się i zaczęłam iść na czworaka. Dostałam w plecy, przez chwilę nie mogłam oddychać z oczu wypłynęły mi łzy bólu. Usłyszałam świst powietrza więc ruszyłam dalej. I tak wierzba mnie trafiła, tym razem w nogę. Jęknęłam z bólu byłam pewna że mam złamane chociaż dziesięć kości.
Zaczęłam poruszać się szybciej, kiedy odwróciłam się by sprawdzić czy już mogę się zatrzymać dostałam witką p twarzy, tak mocno że chyba nie będę mogła nic mówić. Oddaliłam się jeszcze o jakieś dziesięć stóp. I położyłam się pod jakimś innym drzewem. Oddychając głęboko rozejrzałam się. Zauważyłam że jakieś dwadzieścia stóp ode mnie jest droga prowadząca do zamku. Próbowałam wstać ale nie dałam rady, więc ruszyłam na czworaka ku drodze kiedy już przy niej byłam położyłam się i zamknęłam oczy. Przy drodze na pewno mnie ktoś znajdzie i zaniesie do zamku. Byłam bezpieczna. 
Kiedy się obudziłam było ciemno, nie leżałam na ziemi, tylko w łóżku. Czyli jestem zamku. Podniosłam lekko głowę byłam w skrzydle szpitalnym. Będę miała kłopoty...
Obudziło mnie słońce które wkradło się do sali przez okno. Rozejrzałam si z przymrużonymi oczami, pani Pomfrey właśni szła do mnie z rozgniewaną miną.
- Na miłość boską, Grace! Co ci przyszło do głowy żeby zbliżać się do wierzby bijącej?! Biedny Hagrid, kiedy cię znalazł i przyniósł tutaj był taki roztrzęsiony że prawie nie zemdlał!
- Przepraszam.- mruknęłam.
- Powinnaś siebie samą przeprosić, uszkodziłaś sobie dwadzieścia pięć kości! Do niektórych będziesz musiała wypić Szkiele-Wzro. A w skrzydle szpitalnym spędzisz co najmniej dwie noce. - zamilkła na chwile przyglądając się teraz już bardziej troskliwym niż rozgniewanym spojrzeniem. - Jak się czujesz?- zapytała w końcu i zaczęła poprawiać mi poduszki.
- Wszytko mnie boli.
- Mnie też raczej wszystko by bolało po tak bliskim spotkaniu z tą wierzbą. Nie wiem w ogóle po co zasadzili tą roślinę na terenie szkoły. Leż spokojnie, przyniosę ci śniadanie. - powiedziała i wyszła z sali.
Opadłam na poduszki myśląc że dzień nie zapowiada się zbyt dobrze.
Tak jak myślałam po tym jak zjadłam śniadanie i dotarło do mnie że nie mogę się ruszać więcej niż dwa cale do skrzydła szpitalnego zaczęli się schodzić wszyscy nauczyciele, każdy mówił to samo „Jaka ty jesteś nie odpowiedzialna!” „Przecież wiesz że nie możesz sama latać, a w dodatku na błoniach!” I tym podobne.
Przejęłam się tylko trzema wypowiedziami. Ciotka M. Powiedziała że nie spodziewała się po mnie czegoś takiego i że bardzo się na mnie zawiodła. Pan Sev powiedział że postąpiłam nierozsądnie, że mogłam skończyć gorzej. Na koniec Damblus powiedział że za karę nie mogę wychodzić z zamku przez dwa tygodnie, a w czasie lekcji mam siedzieć w bibliotece lub w swoim pokoju.
Wieczorem pani Pomfrey podała mi obrzydliwy lek który nazywał się Szkiele-Wzro. Był obrzydliwy, a w dodatku wszystko zaczęło mnie boleć jeszcze bardziej. To była ciężka noc.
Następnego dnia byłam już w stanie siedzieć, bo wstać mi nie pozwolono. Siedziałam więc na tym łóżku i patrzyłam na ścianę kiedy nagle usłyszałam znajomy głos.
- Słyszałem że miałaś przyjemne spotkanie z nadpobudliwym drzewem, to prawda.- uśmiechnęłam się i odwróciłam do Billa.
- Spotkanie miałam, ale nie takie przyjemne.
- Jutro chyba już stąd wyjdziesz?
- Chyba tak. -w tej chwili zadzwonił dzwonek.
- Muszę iść, zdrowiej! - powiedział na odchodnym i wyszedł z sali.
________________________________________
No jest następny rozdział, ale pod poprzednim jakoś mało komentarzy :( nie lubicie mnie już?

środa, 24 października 2012

Rozdział 4 ( Hogwart jest nudny jak oglądanie zdjęć kotów pani Figg)

 Minęły dwa tygodnie od przybycia uczniów do Hogwartu. Nauczyłam się że ślizgonom nie wchodzi się w drogę, a do lochów w ogóle już nie chodzę.
Często wchodzę przed dzwonkiem do jakiejś klasy, chowam się i oglądam sobie co robią uczniowie i nauczyciel. Najciekawiej jest na zaklęciach i transmutacji. Raz jakiś chłopak zamiast zamienić żabę w konika polnego zamienił ją w konia. Zarobił szlaban.
Jedyny ktoś, jeżeli chodzi o uczniów, do kogo się odzywałam był Bill. Chociaż nawet z nim rzadko rozmawiałam. 
Na śniadaniu Ciotka M. Zabrała na chwilę głos i oświadczyła że kapitanowie drużyn quidditcha mają wybrać nowych graczy. Pomyślałam że sobie popatrzę.
Tak więc następnego dnia o 16:00 wyszłam na stadion Quidditcha. Na trybunach zobaczyłam Billa, siedział tam sam więc podeszłam do niego.
- Cześć. - powiedziałam z uśmiechem siadając obok niego.
- Cześć – Odpowiedział patrząc na murawę, gdzie zbierali się już kandydaci na zawodników.
- Chcesz się dostać do drużyny?
- Nie, mój brat chce. Stoi tam, widzisz? - powiedział wskazując na rudzielca stojącego przy słupku.
- To Charlie?
- Tak.
- A kim chce być?
- Szukającym.
- Aha. Myślisz że mu się uda?
- Tak, raczej tak, jest dobry.
- To pewnie się mu uda. - powiedziałam i zamilkłam bo jeden z tych który mieli już szkarłatne stroje, pewnie kapitan zabrał głos. Nie słuchałam go jednak bo obok mnie wylądowała właśnie sowa i wyciągnęła do mnie nóżkę. To list od Lupina, schowałam go do kieszeni i spojrzałam z niepokojem na Billa, nie nie patrzył na mnie, był skupiony na tym co się dzieje na boisku. Postanowiłam pójść w jego ślady.
Po tym jak okazało się że Charlie będzie nowym szukającym gryfonów Bill i ja poszliśmy na stadion żeby mu pogratulować.
- No i co!? Mówiłem że mam szansę! Wisisz mi kunta!
- Nie zamierzam za nic płacić.
- Musisz, przecież mówiłeś „Założę się o kunta że spadniesz z miotły i zamiast do drużyny trafisz do skrzydła szpitalnego”
- Ja uważam że bardzo dobrze sobie poradziłeś. - powiedziałam wcinając się w ich dyskusję.
- A kim ty jesteś, tak w ogóle? - zapytał podejrzliwie Charlie
- To Grace Potter.
- Ta o której mi opowiadałeś?
- Tak.
- O, w takim razie bardzo miło poznać, jestem Charlie Weasley.- powiedział z uśmiechem potrząsając moją dłoń.
- Chciałabym umieć latać, jak ty.
- Na pewno umiesz to robić sto razy lepiej niż ten typek. - powiedział Bill.
- Nie, ja nie umiem latać na miotle.
- Nie umiesz? Ja w twoim wieku umiałem zrobić pętlę! - wykrzykną Charlie i zarobił cios w bok od Billa.
- Może nie miał kto jej nauczyć. - powiedział i skarcił wzrokiem brata.
- No w sumie tak...przepraszam – powiedział drapiąc się za uchem.
- Nie ma za co.
- Jeśli chcesz mogę cię nauczyć.
- Naprawdę!?
- Jasne, nie ma problemu.
- W takim razie się zgadzam.
I tak właśnie zaczęła się moją przygoda z Weasleyami. Co tydzień w poniedziałek o 15:00 spotykałam się z Charliem i uczyłam się latać, czasami przyłączał się też Bill, a raz nawet chłopcy przyszli z przyjaciółmi i zrobiliśmy mini mecz. Poza tym postanowiłam uczyć się gry na fortepianie. Profesor Flitwick w soboty uczył mnie czytać nuty. Dni powszednie spędzałam na siedzeniu w bibliotece, pani Pince była moją „nauczycielką” czytania i pisania, bardzo surową nauczycielką. Mimo to lubiłam te lekcje. Od czasu do czasu razem z Hagridem wybierałam się do Hogsmeade, albo na Pokątną. Niedziele zawsze spędzałam z Lupinem, chyba że był... nie w formie. Czasami razem z Dumblusem jeździliśmy do świata mugoli po to żeby, na przykład, usiąść w jakiś centrum handlowym i oglądać jak ci ludzie się popychają i pędzą w jakimś nieznanym kierunku. To były też lekcje tego jak się zachować wśród mugoli. Żeby nie mówić przy nich na przykład „na brodę Merlina” bo to ich drażni. Doszłam do wniosku że mugoli drażni wszystko co nie jest takie, jakie według nich powinno być.
 Po roku w Hogwarcie umiałam już nienagannie latać, a także czytać, pisać i grać na fortepianie. Jeżeli chodzi o wakacje, to najpierw wyjechałam razem z ciotką M. Na wieś, po dwóch tygodniach wróciłam do Hogwartu na tydzień, a resztę wakacji spędziłam z Lupinem.
Wczoraj od niego wróciłam, a jutro do Hogwartu wrócą uczniowie. Nie mogę się doczekać spotkania z Charliem i Billem. Charlie w tym roku podchodzi do sumów, a Bill do owumentów pisał, że oprócz tego został prefektem naczelnym, więc będzie miał mniej czasu. Ale ja się nie martwię, w tym roku do Hogwartu przybędzie kolejny Weasley, Percy. Jeżeli jest choć trochę podobny do braci, to nie będzie mi się z nim nudzić.
Pierwszy września godzina ósma trzydzieści , a ja siedzę w bibliotece i czytam i o jakiejś wojnie z goblinami. No cóż, Hogwart to w końcu szkoła tutaj są książki głównie do nauki, więc czytam to co jest.
Wieczorem kiedy Hagrid wyszedł po pierwszaków, ja ruszyłam do kuchni. Skrzaty z chęcią mnie obsłużyły i kiedy ja jadłam deser usłyszałam hałas z góry, który pewnie świadczył o tym że skończyła się ceremonia przydziału. Kiedy zjadłam powlekłam się do pokoju, połaskotałam klamkę i poszłam spać.
Kiedy się obudziłam jak najszybciej ruszyłam do wielkiej sali. Tam czekali na mnie Charlie i Bill. Siedzieli przy stole gryfonów i jedli śniadanie. Z uśmiechem pobiegłam w ich stronę.
- Bill! Charlie! - krzyknęłam i po chwili zarzuciłam ręce na szyję Billa. Potem przytuliłam Charliego.
- Urosłaś. - stwierdził Bill.
- Nie, to ty zmalałeś!
- Może – powiedział ze śmiechem czochrając moje włosy.
- Grace, to jest nowy gryfon, nasz brat Percy. - powiedział Charlie i wskazał na chłopaka który przypatrywał się nam z oddalenia, kiedy na niego spojrzałam odwrócił wzrok. Miał okulary i wyglądał na takiego, no... sztywniaka.
- Jedliście już?- Zapytałam po krótkim milczeniu siadając przy stole.
- Tak, ale jeśli chcesz ja mogę zjeść jeszcze raz. - powiedział Bill. Siadając obok mnie
- Ja nie jadłem, więc zjem z tobą. - powiedział Charlie i usiadł z drugiej strony.
- Co macie pierwsze?
- Ja mam runy. - mrukną Bill.
- Ja Opiekę nad magicznymi stworzeniami, a ty co będziesz robić?
- Nie wiem, może wezmę jakąś książkę i posiedzę z nią na dworze. Zanosi się na piękny dzień.
- Jesteś śmieszna Grace, masz do dyspozycji cały Hogwart przez cały rok i nie musisz się uczyć, a właśnie to robisz!? To absurd!
- Może mam do dyspozycji cały Hogwart, ale nie mogę robić wszystkiego. Muszę być cicho w czasie lekcji, a kiedy uczniowie są na korytarzach, nie mogę zwracać na siebie uwagi. Nie mogę sama chodzić nad jezioro ani do zakazanego lasu, nie mogę nawet chodzić po zamku kiedy wy macie lekcje, muszę siedzieć w bibliotece, na dworze, w pokoju, albo w gabinecie dyrektora. A kiedy już jestem na dworze nie mogę wziąć szkolnej miotły i poćwiczyć latania, no chyba że będzie ze mną ktoś dorosły, albo ty. Nie mogę chodzić za często do kuchni bo skrzaty domowe zajmowałby się tylko mną. Nie mogę siedzieć sama w pustej klasie. Jednym słowem, nie mogę robić nic, co komukolwiek w jakikolwiek sposób by przeszkadzało, lub w jakikolwiek sposób mi zagrażało. A jak już muszę to robić, to nie sama. No cóż chyba przyznacie że w takim wypadku jedyne co mogę robić w szkole, to uczyć się.
- Grace, przesadzasz! - odezwał się po mojej przemowie Bill-możesz na przykład... - tu zastanowił się chwilkę. - Na przykład możesz... poprosić Hagrida żeby zabrał cię do Hogsmeade
- Hagrid na pewno ma lepsze rzeczy do roboty i pożyteczniejsze. A tak przynajmniej się czegoś nauczę, a jak już będę uczennicą, będę widzieć tysiąc razy więcej niż ty w pierwszej klasie.
- Jasne. - mrukną Bill i spojrzał na coś co miałam za plecami – Co tam się dzieje!? Zostawcie go! - krzyknął. Kiedy się odwróciłam zobaczyłam że jacyś ślizgoni lewitują chłopaka z pierwszej klasy. Kiedy usłyszeli Billa wybiegli z sali. Podeszłam z Billem do chłopca, był raczej tęgi i mocno skołowany, bo właśnie spadł z mniej więcej pięciu stóp. Był z gryffindoru.
- Wszystko w porządku? Jak się czujesz?
- Tak, tylko boli mnie ramię.
- Jak masz na imię?- Zapytał Bill, a po chwili zadzwonił dzwonek.
- Oliver Wood.
- Oliverze wiesz jak dojść do skrzydła szpitalnego?
- Nie.
- Wstań. - mruknął podając mu dłoń – Grace cię tam zaprowadzi. Ja muszę iść na Runy.
- Dobrze.- powiedziałam zadowolona że mogę się do czegoś przydać. - do zobaczenia Bill! - zawołałam za nim, po czym spojrzałam na Olivera. - choć kolego, mogę się założyć że nic ci się nie stało.- i ruszyłam do skrzydła szpitalnego, a no poszedł za mną.
- A ty nie masz lekcji?- zapytał chłopak.
- Ja? nie ja się nie uczę, mam dopiero osiem lat!
- To co ty robisz w Hogwarcie?
- Mieszkam.
- Aha! Dlatego wiesz gdzie wszystko jest!
- Dokładnie, a tu jest skrzydło szpitalne, życzę zdrowia-powiedziałam i pobiegłam do biblioteki.
Tak jak myślałam dzień spędziłam na czytaniu Teorii Magii Adalberta Wafflinga. Tylko że zamiast siedzieć na dworze siedziałam w moim fotelu w gabinecie dyrektora.
Rok temu myślałam że zaczyna się właśnie przygoda mojego życia, ale prawda jest taka, że Hogwart jest nudny jak oglądanie zdjęć kotów pani Figg, które staruszka wysyłała mi regularnie.

___________________________
Przepraszam! Wiem że rozdział miał być jutro, ale nie miałam za bardzo czasu. Mam nadzieję że się nie obrazicie ;)



środa, 17 października 2012

Rozdział 3 ( Tłumy na korytarzach)

Już dwa tygodnie minęły od mojego przybycia do Hogwartu.
Profesor Flitwick pokazał mi zamek i powiedział, że jakbym się gubiła najlepiej pyatć się o drogę portretów albo duchów, tylko nie Irytka.
No właśnie, Irytek. Poznałam go trzeciego dnia, kiedy szłam na śniadanie oblał mnie kubłem zimnej wody. Wtedy powiedziano mi że trzeba go straszyć krwawym Baronem.
Nauczycielka latania, pani Hooch (ta z żółtymi oczami) powiedziała że nauczy mnie latać na miotle.
Ciocia M. codziennie czytała mi baśnie na dobranoc, a rano budziła.
Często chodziłam do Hagrida. Raz nawet zabrał mnie na chwilę do zakazanego lasu. Las wcale nie był taki przerażający, nie wiem czemu wszyscy się go boją. Miałam pomóc Hagridowi w zbieraniu jakiegoś zielonego, ruszającego się zielska.
Czasami chodziłam też do lochów, do profesora Snape'a (to ten z przetłuszczonymi włosami) na początku się go trochę bałam, ale później okazało się że jest miły i dobry. Jest nauczycielem eliksirów, czasami przyglądałam się jak robi jakieś wywary. Raz pozwolił mi wrzucić do kociołka skrzydło nietoperza.
Mimo to najwięcej czasu spędzałam w gabinecie dyrektora. Tam był przytulnie, lubiłam rozmawiać z Dumblusem* i patrzeć na Faweksa. Lubiłam po prostu tam siedzieć w „moim” fotelu i czytać książeczki dla dzieci które dała mi pani Pince, bibliotekarka. Ale najbardziej lubiłam kiedy d Dumblusa ktoś przychodził, rozmawiali o ważnych sprawach, a ja słuchałam siedząc w kącie gabinetu na wielkim czerwonym fotelu. Mało kto widział że tam jest taki fotel na którym często siadałam. Był on umieszczony w dość ciemnym kącie za plecami dyrektora, więc tam gdzie walały się różne księgi. Normalny czarodziej widząc bałagan nie przygląda mu się zbytnio, a ja tam byłam i słuchałam. 
Jutro pierwszy września, czyli do Hogwartu przyjadą uczniowie. Dumblus powiedział że po ich przyjeździe będzie specjalna uczta, ale ja nie mogę wtedy być na sali. Zjem kolację w kuchni. Nie mam nic przeciwko temu, skrzaty domowe są takie śmieszne, kiedy o coś poproszę natychmiast to robią, i mówią do mnie „panienko”. 
Obudziłam się i już wiedziałam że ten dzień będzie wyjątkowy. Ubrałam się w zieloną sukienkę i pobiegłam do gabinetu Dumblusa, rzuciłam do gargulca „lody malinowe” i wbiegłam na górę. Oczywiście dyrektor nie spał, siedział za swoim wielkim biurkiem i pisał coś. Kiedy weszłam spojrzał na mnie.
- Dzień dobry Grace.
- Dzień dobry. - powiedziałam siadając na „moim” fotelu. - Kiedy przyjadą?
- Wieczorem.
- Dopiero?
- Podróż z Londynu trwa kilka godzin.
- A daleko jest Londyn?
- Tak. - mówił nadal pisząc coś na swoim pergaminie.
- A długo jeszcze do wieczora?
- Dopiero wstało słońce, a wieczór jest wtedy kiedy słońce zachodzi.
- Czyli długo?
- Yhm.
- To ja ci nie przeszkadzam. Idę do Hagrida.
- Dobrze.
Ruszyłam w stronę sali wejściowej, po drodze śpiewałam na cały głos piosenkę której nauczył mnie profesor Flitwick, mówi że bardzo ładnie śpiewam. A on prowadzi szkolny chór, raczej się na tym zna.
Zapukałam trzy razy do drzwi chatki Hagrida, o on niemal od razu otworzył i uśmiechnął się do mnie. 
- Wejdź, zrobię ci herbatki. - weszłam i wdrapałam się na jedno z wielkich krzeseł. Kiedy już się usadowiłam podszedł do mnie Kieł.
- Będę mogła pójść z tobą po pierwszorocznych, Hagridzie? - zapytałam głaszcząc psa który zaślinił mi już całą rękę.
- Nie Grace. Dobrze wiesz że nie mogę cię tam zabrać. Przecież ty nawet nie powinnaś być w Hogwarcie.
- Wiem. - powiedziałam biorąc od niego wieli kubek z herbatą. - Hagridzie, zróbmy coś fajnego, nudzi mi się.
- Wiesz ja mam do zrobienia coś w zakazanym lesie, a nie wim czy to aby nie jest dla ciebie niebezpieczne.
- Wszystko jest dla mnie niebezpieczne.
- Nie przesadzaj, na pewno możesz cuś robić.
- Tak, już wiem co zrobię. Dziękuję za herbatę, pa. - powiedziałam i wybiegłam z chatki. 
Tak na prawdę to nie wiedziałam co mam robić, po prosu wypiłam już herbatę. Szłam spokojnie do zamku, ale kiedy już do niego weszłam zastanowiłam się co mogę teraz zrobić, gdzie pójść. Po krótkim zastanowieniu ruszyłam przed siebie nie zwracając uwagi na to gdzie idę. Po prostu snułam się bez celu, z nudów. 
Wieczorem, kiedy Hagrid poszedł na stację do Hogsmeade, a wszyscy nauczyciele zaczęli krzątać się w wielkiej sali, ja siedziałam w oknie na jednym z korytarzy. Miałam widok na bramę Hogwartu i jezioro. Czekałam aż się pojawią. Kiedy zobaczyłam pierwsze powozy zbiegłam na dół, do pokoju nauczycielskiego. Tak jak myślałam , nikogo już tam nie było. Uchyliłam drzwi i patrzyłam jak uczniowi po trochu siadali przy odpowiednich stołach. Po chwili drzwi się otworzyły, a nade mną stał Profesor Quirrell.
- Chyb-ba m-miałaś b-być w-w kuchni.
- Tak, już tam idę. - mruknęłam i poszłam na dół do obrazu z owocami, połaskotałam gruszkę i przelazłam przez dziurę w obrazie. Usiadłam przy długim stole i przygnębiona mruknęłam „poproszę ciasto czekoladowe”
Kiedy następnego dnia rano wyszłam z pokoju zobaczyłam coś czego nigdy nie widziałam-tłumy na korytarzach.
Trochę onieśmielona ruszyłam w stronę lochów, do profesora Snape'a. Wszyscy patrzyli na mnie jak na jakieś dziwadło, irytowało mnie to, przyspieszyłam. Na dole roiło się od ślizgonów, jakiś dryblas szedł prosto na mnie chciałam go ominąć, ale ten wtedy popchnął mnie na ścianę. Obiłam się od niej nosem i upadłam na ziemię uderzając się w brodę. Chłopak zaśmiał się i rzucił „Uważaj jak chodzisz!”A ja, jak to dziecko pod wpływem bólu rozpłakałam się. Moja ręka automatycznie powędrowała do nosa, dotknęłam do i spojrzałam na rękę, krew. Siedziałam pod tą ścianę i płakałam.
- Nie płacz, przecież nie stało się nic wielkiego. To tylko trochę krwi. - powiedział ktoś, kto właśnie stanął nade mną i wyciągał dłoń. Spojrzałam w górę i zobaczyłam wysokiego rudego chłopaka z włosami zwisającymi za uszy. Chwyciłam jego dłoń, a kiedy już stałam otarłam łzy rękawem swetra. - Wiesz, jak się przyjrzeć to powinnaś pójść z tym do skrzydła szpitalnego. Wiesz jak tam dojść?
- Nie.
- Chodź zaprowadzę cię. - powiedział podając mi rękę. Chwyciłam ją i razem ruszyliśmy na górę. - a tak w ogóle to kto ci to zrobił? - dopytywał się chłopak.
- Jakiś dryblas ze Slytherinu, popchną mnie na ścianę.
- A po co szłaś do lochów, co?
- A ty dlaczego tam byłeś, przecież jesteś z Gryffindoru. - powiedziałam pokazując na jego szkarłatno-złoty krawat.
- Mam teraz lekcję eliksirów. Tak w ogóle to jestem Bill Weasley, a ty?
- Grace Potter. W której jesteś klasie?
- W szóstej.
- Czyli masz szesnaście lat, tak?
- Tak.
- Jesteś strasznie wysoki.
- Nie jestem wcale taki wysoki, to ty jesteś mała, wydaje ci się.
- Może. - przez chwilę się nie odzywaliśmy. - Masz rodzeństwo?
- Mam, mój brat jest teraz w czwartej klasie, oprócz niego mam jeszcze czterech braci i siostrę.
- Czyli masz... - liczyłam na palcach jego rodzeństwo. - sześcioro rodzeństwa, tak?
- Tak.
- I ty jesteś najstarszy?
- Tak, a ty masz rodzeństwo?
- Mam brata, ale on mieszka u wuja Vernona, on jest mugolem, podobno strasznym mugolem.
- A dlaczego mieszka u tego mugola.
- Bo tata i mama nie żyją. A ty masz rodziców?
- Tak.
- To czarodzieje, czy mugole?
- Czarodzieje.
- Moja mama była mugolakiem. - powiedziałam, ale on nie odpowiedział. Wyglądał na trochę speszonego. Szliśmy w milczeniu, aż staną przed jakimiś drzwiami.
- To tutaj, skrzydło szpitalne.
- O, dziękuję.
- Proszę bardzo. - powiedział z uśmiechem.
- To do zobaczenia.
- Tak, do zobaczenia. - W tej samej chwili zadzwonił dzwonek. Bill odwrócił się i pobiegł w stronę lochów, a jego rude włosy majtały się na wszystkie strony.

*  Kiedy profesor Dumbledore zauważył że nie umiem wymawiać jego nazwiska uprościł je dla mnie i powiedział że mogę do nie go mówić „Dumblus” To połączenie jego pierwszego imienia i nazwiska :)
--------------------------------------------------
Jest nowy rozdział. Jak tam, podoba się?
Następny we wtorek :*

czwartek, 11 października 2012

Rozdział 2 (Pierwszy dzień w Hogwarcie)

Usiadłam na dużym fotelu za dużym biurkiem, i patrzyłam na Fawkesa. Cukierek był dobry, chyba truskawkowy. Jadłam truskawki u pani Figg. Nieraz zabierała mnie do cukierni i kupowała mi dużą miskę owoców w bitej śmietanie. Czasami idąc do cukierni przechodziłyśmy koło domu w którym mieszka Harry, ale nigdy go nie widziałam. Ciekawa jestem jak on wygląda.
Czekałam pewnie jakieś pół godziny, w końcu Dumbledore wszedł do gabinetu i uśmiechną się do mnie.
- Chodź Grace, pokażę ci twój pokój.
- Pokój? Po co?
- Będziesz mieszkać w Hogwarcie przez jakiś czas, dopóki nie znajdziemy ci lepszego miejsca, w którym będziesz mogła zamieszkać.
- Naprawdę? Zamieszkam w Hogwarcie?
- Tak, chce ci właśnie pokazać twój pokój.
- Chodźmy! - Powiedziałam w biegu łapiąc go za rękę.
- Spokojnie. - powiedział i zwolnił. Szliśmy w kierunku sali wejściowej, ale zamiast zejść do niej po schodach, profesor wspiął się na następne piętro. Był tam długi korytarz szliśmy nim w milczeniu. Profesor zatrzymał się przed ostatnimi drzwiami.
- To tutaj. - powiedział naciskając klamkę – zostawiam cię już. Kiedy będzie czas na kolację przyjdę po ciebie. - odszedł.
Wbiegłam do pokoju i rozejrzałam się po nim. Było tam proste łóżko, stolik nocny i szafa, nic szczególnego, podeszłam do okna, parapet był na tyle niski i szeroki że mogłam na nim spokojnie usiąść. Miałam widok na jezioro i góry które było widać tylko trochę zza mgły. Siedziałam chwilę wpatrzona w ten piękny widok, ale przypomniało mi się że miałam napisać do Remusa. Tak utrzymywaliśmy kontakt, prosił żebym za każdym razem kiedy się przeprowadzam napisała mu o tym, więc piszę. Takie pisanie zajmuje mi nieraz kilka godzin bo nie umiem jeszcze dobrze pisać.
Wyjęłam pergamin i pióro z kałamarzem usiadłam na łóżku i zaczęłam opisać koślawymi literami

Remus kochany!
Jestem Hogwarcie i będę tu mieszkaci mam mały pokuj ale ładny. Porfersor Dumrderdrordr Dumberdord jest miły i zjemy obiat w wielkiej sali ze stołami
Grace Potter

Napisanie tego krótkiego listu zajęło mi około półtorej godziny. Zwinęłam go w rulonik i schowałam do kieszeni mojej sukienki w groszki. W tym samym momencie ktoś zapukał do drzwi. Podeszłam do nich by je otworzyć, ale kiedy nacisnęłam klamkę drzwi ani drgnęły.
- Musisz pogłaskać klamkę, Grace. - usłyszałam głos profesora Dumbledora i zrobiłam to co powiedział. Zadziałało, drzwi otworzyły się a moim oczom ukazał się uśmiechnięty staruszek. Wyszłam z pokoju i ruszyliśmy ku schodom.
- Czy w pobliżu jest jakaś poczta? Mam list do wysłania.
- Och, poczta jest w Hogsmeade, ale myślę że lepiej będzie jeśli po kolacji pójdziemy do sowiarnii.
- A daleko jest ta sowiarnia?
- W jednej z wież. Chodź szybciej, wszyscy chcą cię poznać, Grace.
- Kto chce mnie poznać?
- Zobaczysz. Już jesteśmy. - powiedział a wielkie drzwi otworzyły się.

Wszystkie stoły były puste, oprócz jednego który znajdował się na podwyższeniu. Siedzieli przy nim ludzie których w życiu nie widziałam, no oprócz ciotki M. Panowała tam cisza, a wszyscy wpatrzeni byli we mnie. Szłam pomiędzy stołami trzymając za rękę Dyrektora. Kiedy doszliśmy Dumbledore pokazał mi miejsce gdzie mam usiąść (obok McGonagall i jakiegoś człowieka z czarnymi tłustymi włosami)
- A więc, moi drodzy to Grace Potter – odezwał się Dyrektor wskazując na mnie dłonią.
- Wygląda zupełnie jak Lily. - powiedział mały człowiek z którym wcześniej rozmawiał Dumbledore.
- Ale włosy ma po Jamesie. - powiedziała z uśmiechem jakaś czarownica z krótkimi włosami i żółtymi oczami. To była prawda, miałam długie Czarne włosy, dziś splecione w warkocz, a wszyscy którzy znali mamę i tatę mówią że jestem podobna do mamy. To dobrze, mam jej zdjęcie, jeżeli rzeczywiście jestem do niej tak podobna to już za kilka lat będę bardzo piękna.
- Tak, nie wyprze się rodziców. - powiedział wielki owłosiony człowiek siedzący z drugiej strony stołu.
- To prawda, ale proponuję zająć się jedzeniem, w końcu po to tu jesteśmy. - powiedział Dumbledore, a w tym samym momencie na stole pojawiło się jedzenie.
Po kolacji nauczyciele podchodzili do mnie żeby się przedstawić jedni tylko uścisnęli mi dłoń, inni wspominali rodziców, a inni po prostu się uśmiechali. Najbardziej zapadł mi w pamięci Hagrid, czyli ten wielki włochaty człowiek, Hagrid jest strażnikiem kluczy i gajowym.
Kiedy wszyscy mi się już przedstawili Ciotka M. Zaprowadziła mnie do sowiarnii. Było to pomieszczenie na szczycie wieży, było tam tyle sów ilu nie widziałam przez całe życie, nigdy nie zapomnę tego widoku. Zwabiłyśmy jedną na dół i wysłałyśmy list. Później profesor zaprowadziła mnie do pokoju, a ja połaskotałam klamkę, powiedziałam „dobranoc” i już zniknęłam za drzwiami. Położyłam się szybko do łóżka i tak zakończył się pierwszy dzień w Hogwarcie, moim nowym domu.
______________________________________
No jest rozdział 2. Narazie jest nudno, ale spokojnie, akcja rozkręci się w następnym rozdziale :)
Jak wrażenia? piszcie w komentarzach :*