Profesor Flitwick pokazał mi zamek i powiedział, że jakbym się gubiła najlepiej pyatć się o drogę portretów albo duchów, tylko nie Irytka.
No właśnie, Irytek. Poznałam go trzeciego dnia, kiedy szłam na śniadanie oblał mnie kubłem zimnej wody. Wtedy powiedziano mi że trzeba go straszyć krwawym Baronem.
Nauczycielka latania, pani Hooch (ta z żółtymi oczami) powiedziała że nauczy mnie latać na miotle.
Ciocia M. codziennie czytała mi baśnie na dobranoc, a rano budziła.
Często chodziłam do Hagrida. Raz nawet zabrał mnie na chwilę do zakazanego lasu. Las wcale nie był taki przerażający, nie wiem czemu wszyscy się go boją. Miałam pomóc Hagridowi w zbieraniu jakiegoś zielonego, ruszającego się zielska.
Czasami chodziłam też do lochów, do profesora Snape'a (to ten z przetłuszczonymi włosami) na początku się go trochę bałam, ale później okazało się że jest miły i dobry. Jest nauczycielem eliksirów, czasami przyglądałam się jak robi jakieś wywary. Raz pozwolił mi wrzucić do kociołka skrzydło nietoperza.
Mimo to najwięcej czasu spędzałam w gabinecie dyrektora. Tam był przytulnie, lubiłam rozmawiać z Dumblusem* i patrzeć na Faweksa. Lubiłam po prostu tam siedzieć w „moim” fotelu i czytać książeczki dla dzieci które dała mi pani Pince, bibliotekarka. Ale najbardziej lubiłam kiedy d Dumblusa ktoś przychodził, rozmawiali o ważnych sprawach, a ja słuchałam siedząc w kącie gabinetu na wielkim czerwonym fotelu. Mało kto widział że tam jest taki fotel na którym często siadałam. Był on umieszczony w dość ciemnym kącie za plecami dyrektora, więc tam gdzie walały się różne księgi. Normalny czarodziej widząc bałagan nie przygląda mu się zbytnio, a ja tam byłam i słuchałam.
- Chyb-ba m-miałaś b-być w-w kuchni.
Jutro pierwszy września, czyli do Hogwartu przyjadą uczniowie. Dumblus powiedział że po ich przyjeździe będzie specjalna uczta, ale ja nie mogę wtedy być na sali. Zjem kolację w kuchni. Nie mam nic przeciwko temu, skrzaty domowe są takie śmieszne, kiedy o coś poproszę natychmiast to robią, i mówią do mnie „panienko”.
Obudziłam się i już wiedziałam że ten dzień będzie wyjątkowy. Ubrałam się w zieloną sukienkę i pobiegłam do gabinetu Dumblusa, rzuciłam do gargulca „lody malinowe” i wbiegłam na górę. Oczywiście dyrektor nie spał, siedział za swoim wielkim biurkiem i pisał coś. Kiedy weszłam spojrzał na mnie.
- Dzień dobry Grace.
- Dzień dobry. - powiedziałam siadając na „moim” fotelu. - Kiedy przyjadą?
- Wieczorem.
- Dopiero?
- Podróż z Londynu trwa kilka godzin.
- A daleko jest Londyn?
- Tak. - mówił nadal pisząc coś na swoim pergaminie.
- A długo jeszcze do wieczora?
- Dopiero wstało słońce, a wieczór jest wtedy kiedy słońce zachodzi.
- Czyli długo?
- Yhm.
- To ja ci nie przeszkadzam. Idę do Hagrida.
- Dobrze.
Ruszyłam w stronę sali wejściowej, po drodze śpiewałam na cały głos piosenkę której nauczył mnie profesor Flitwick, mówi że bardzo ładnie śpiewam. A on prowadzi szkolny chór, raczej się na tym zna.
Zapukałam trzy razy do drzwi chatki Hagrida, o on niemal od razu otworzył i uśmiechnął się do mnie.
- Wejdź, zrobię ci herbatki. - weszłam i wdrapałam się na jedno z wielkich krzeseł. Kiedy już się usadowiłam podszedł do mnie Kieł.
- Będę mogła pójść z tobą po pierwszorocznych, Hagridzie? - zapytałam głaszcząc psa który zaślinił mi już całą rękę.
- Nie Grace. Dobrze wiesz że nie mogę cię tam zabrać. Przecież ty nawet nie powinnaś być w Hogwarcie.
- Wiem. - powiedziałam biorąc od niego wieli kubek z herbatą. - Hagridzie, zróbmy coś fajnego, nudzi mi się.
- Wiesz ja mam do zrobienia coś w zakazanym lesie, a nie wim czy to aby nie jest dla ciebie niebezpieczne.
- Wszystko jest dla mnie niebezpieczne.
- Nie przesadzaj, na pewno możesz cuś robić.
- Tak, już wiem co zrobię. Dziękuję za herbatę, pa. - powiedziałam i wybiegłam z chatki.
Tak na prawdę to nie wiedziałam co mam robić, po prosu wypiłam już herbatę. Szłam spokojnie do zamku, ale kiedy już do niego weszłam zastanowiłam się co mogę teraz zrobić, gdzie pójść. Po krótkim zastanowieniu ruszyłam przed siebie nie zwracając uwagi na to gdzie idę. Po prostu snułam się bez celu, z nudów.
Wieczorem, kiedy Hagrid poszedł na stację do Hogsmeade, a wszyscy nauczyciele zaczęli krzątać się w wielkiej sali, ja siedziałam w oknie na jednym z korytarzy. Miałam widok na bramę Hogwartu i jezioro. Czekałam aż się pojawią. Kiedy zobaczyłam pierwsze powozy zbiegłam na dół, do pokoju nauczycielskiego. Tak jak myślałam , nikogo już tam nie było. Uchyliłam drzwi i patrzyłam jak uczniowi po trochu siadali przy odpowiednich stołach. Po chwili drzwi się otworzyły, a nade mną stał Profesor Quirrell.
- Tak, już tam idę. - mruknęłam i poszłam na dół do obrazu z owocami, połaskotałam gruszkę i przelazłam przez dziurę w obrazie. Usiadłam przy długim stole i przygnębiona mruknęłam „poproszę ciasto czekoladowe”
Trochę onieśmielona ruszyłam w stronę lochów, do profesora Snape'a. Wszyscy patrzyli na mnie jak na jakieś dziwadło, irytowało mnie to, przyspieszyłam. Na dole roiło się od ślizgonów, jakiś dryblas szedł prosto na mnie chciałam go ominąć, ale ten wtedy popchnął mnie na ścianę. Obiłam się od niej nosem i upadłam na ziemię uderzając się w brodę. Chłopak zaśmiał się i rzucił „Uważaj jak chodzisz!”A ja, jak to dziecko pod wpływem bólu rozpłakałam się. Moja ręka automatycznie powędrowała do nosa, dotknęłam do i spojrzałam na rękę, krew. Siedziałam pod tą ścianę i płakałam.
- Nie płacz, przecież nie stało się nic wielkiego. To tylko trochę krwi. - powiedział ktoś, kto właśnie stanął nade mną i wyciągał dłoń. Spojrzałam w górę i zobaczyłam wysokiego rudego chłopaka z włosami zwisającymi za uszy. Chwyciłam jego dłoń, a kiedy już stałam otarłam łzy rękawem swetra. - Wiesz, jak się przyjrzeć to powinnaś pójść z tym do skrzydła szpitalnego. Wiesz jak tam dojść?
- Nie.
- Chodź zaprowadzę cię. - powiedział podając mi rękę. Chwyciłam ją i razem ruszyliśmy na górę. - a tak w ogóle to kto ci to zrobił? - dopytywał się chłopak.
- Jakiś dryblas ze Slytherinu, popchną mnie na ścianę.
- A po co szłaś do lochów, co?
- A ty dlaczego tam byłeś, przecież jesteś z Gryffindoru. - powiedziałam pokazując na jego szkarłatno-złoty krawat.
- Mam teraz lekcję eliksirów. Tak w ogóle to jestem Bill Weasley, a ty?
- Grace Potter. W której jesteś klasie?
- W szóstej.
- Czyli masz szesnaście lat, tak?
- Tak.
- Jesteś strasznie wysoki.
- Nie jestem wcale taki wysoki, to ty jesteś mała, wydaje ci się.
- Może. - przez chwilę się nie odzywaliśmy. - Masz rodzeństwo?
- Mam, mój brat jest teraz w czwartej klasie, oprócz niego mam jeszcze czterech braci i siostrę.
- Czyli masz... - liczyłam na palcach jego rodzeństwo. - sześcioro rodzeństwa, tak?
- Tak.
- I ty jesteś najstarszy?
- Tak, a ty masz rodzeństwo?
- Mam brata, ale on mieszka u wuja Vernona, on jest mugolem, podobno strasznym mugolem.
- A dlaczego mieszka u tego mugola.
- Bo tata i mama nie żyją. A ty masz rodziców?
- Tak.
- To czarodzieje, czy mugole?
- Czarodzieje.
- Moja mama była mugolakiem. - powiedziałam, ale on nie odpowiedział. Wyglądał na trochę speszonego. Szliśmy w milczeniu, aż staną przed jakimiś drzwiami.
- To tutaj, skrzydło szpitalne.
- O, dziękuję.
- Proszę bardzo. - powiedział z uśmiechem.
- To do zobaczenia.
- Tak, do zobaczenia. - W tej samej chwili zadzwonił dzwonek. Bill odwrócił się i pobiegł w stronę lochów, a jego rude włosy majtały się na wszystkie strony.
* Kiedy profesor Dumbledore zauważył że nie umiem wymawiać jego nazwiska uprościł je dla mnie i powiedział że mogę do nie go mówić „Dumblus” To połączenie jego pierwszego imienia i nazwiska :)
--------------------------------------------------
Jest nowy rozdział. Jak tam, podoba się?
Następny we wtorek :*

Awww *.* Bill!!!
OdpowiedzUsuńFaajjjneeee <33333
OdpowiedzUsuńWeny życzę :)
Fajny rozdział ;)
OdpowiedzUsuń