Minęły dwa tygodnie od przybycia uczniów do Hogwartu. Nauczyłam się że ślizgonom nie wchodzi się w drogę, a do lochów w ogóle już nie chodzę.
Często wchodzę przed dzwonkiem do jakiejś klasy, chowam się i oglądam sobie co robią uczniowie i nauczyciel. Najciekawiej jest na zaklęciach i transmutacji. Raz jakiś chłopak zamiast zamienić żabę w konika polnego zamienił ją w konia. Zarobił szlaban.
Jedyny ktoś, jeżeli chodzi o uczniów, do kogo się odzywałam był Bill. Chociaż nawet z nim rzadko rozmawiałam.
- Cześć. - powiedziałam z uśmiechem siadając obok niego.
Na śniadaniu Ciotka M. Zabrała na chwilę głos i oświadczyła że kapitanowie drużyn quidditcha mają wybrać nowych graczy. Pomyślałam że sobie popatrzę.
Tak więc następnego dnia o 16:00 wyszłam na stadion Quidditcha. Na trybunach zobaczyłam Billa, siedział tam sam więc podeszłam do niego.
- Cześć – Odpowiedział patrząc na murawę, gdzie zbierali się już kandydaci na zawodników.
- Chcesz się dostać do drużyny?
- Nie, mój brat chce. Stoi tam, widzisz? - powiedział wskazując na rudzielca stojącego przy słupku.
- To Charlie?
- Tak.
- A kim chce być?
- Szukającym.
- Aha. Myślisz że mu się uda?
- Tak, raczej tak, jest dobry.
- To pewnie się mu uda. - powiedziałam i zamilkłam bo jeden z tych który mieli już szkarłatne stroje, pewnie kapitan zabrał głos. Nie słuchałam go jednak bo obok mnie wylądowała właśnie sowa i wyciągnęła do mnie nóżkę. To list od Lupina, schowałam go do kieszeni i spojrzałam z niepokojem na Billa, nie nie patrzył na mnie, był skupiony na tym co się dzieje na boisku. Postanowiłam pójść w jego ślady.
Po tym jak okazało się że Charlie będzie nowym szukającym gryfonów Bill i ja poszliśmy na stadion żeby mu pogratulować.
- No i co!? Mówiłem że mam szansę! Wisisz mi kunta!
- Nie zamierzam za nic płacić.
- Musisz, przecież mówiłeś „Założę się o kunta że spadniesz z miotły i zamiast do drużyny trafisz do skrzydła szpitalnego”
- Ja uważam że bardzo dobrze sobie poradziłeś. - powiedziałam wcinając się w ich dyskusję.
- A kim ty jesteś, tak w ogóle? - zapytał podejrzliwie Charlie
- To Grace Potter.
- Ta o której mi opowiadałeś?
- Tak.
- O, w takim razie bardzo miło poznać, jestem Charlie Weasley.- powiedział z uśmiechem potrząsając moją dłoń.
- Chciałabym umieć latać, jak ty.
- Na pewno umiesz to robić sto razy lepiej niż ten typek. - powiedział Bill.
- Nie, ja nie umiem latać na miotle.
- Nie umiesz? Ja w twoim wieku umiałem zrobić pętlę! - wykrzykną Charlie i zarobił cios w bok od Billa.
- Może nie miał kto jej nauczyć. - powiedział i skarcił wzrokiem brata.
- No w sumie tak...przepraszam – powiedział drapiąc się za uchem.
- Nie ma za co.
- Jeśli chcesz mogę cię nauczyć.
- Naprawdę!?
- Jasne, nie ma problemu.
- W takim razie się zgadzam.
I tak właśnie zaczęła się moją przygoda z Weasleyami. Co tydzień w poniedziałek o 15:00 spotykałam się z Charliem i uczyłam się latać, czasami przyłączał się też Bill, a raz nawet chłopcy przyszli z przyjaciółmi i zrobiliśmy mini mecz. Poza tym postanowiłam uczyć się gry na fortepianie. Profesor Flitwick w soboty uczył mnie czytać nuty. Dni powszednie spędzałam na siedzeniu w bibliotece, pani Pince była moją „nauczycielką” czytania i pisania, bardzo surową nauczycielką. Mimo to lubiłam te lekcje. Od czasu do czasu razem z Hagridem wybierałam się do Hogsmeade, albo na Pokątną. Niedziele zawsze spędzałam z Lupinem, chyba że był... nie w formie. Czasami razem z Dumblusem jeździliśmy do świata mugoli po to żeby, na przykład, usiąść w jakiś centrum handlowym i oglądać jak ci ludzie się popychają i pędzą w jakimś nieznanym kierunku. To były też lekcje tego jak się zachować wśród mugoli. Żeby nie mówić przy nich na przykład „na brodę Merlina” bo to ich drażni. Doszłam do wniosku że mugoli drażni wszystko co nie jest takie, jakie według nich powinno być.
Po roku w Hogwarcie umiałam już nienagannie latać, a także czytać, pisać i grać na fortepianie. Jeżeli chodzi o wakacje, to najpierw wyjechałam razem z ciotką M. Na wieś, po dwóch tygodniach wróciłam do Hogwartu na tydzień, a resztę wakacji spędziłam z Lupinem.
Wczoraj od niego wróciłam, a jutro do Hogwartu wrócą uczniowie. Nie mogę się doczekać spotkania z Charliem i Billem. Charlie w tym roku podchodzi do sumów, a Bill do owumentów pisał, że oprócz tego został prefektem naczelnym, więc będzie miał mniej czasu. Ale ja się nie martwię, w tym roku do Hogwartu przybędzie kolejny Weasley, Percy. Jeżeli jest choć trochę podobny do braci, to nie będzie mi się z nim nudzić.
Pierwszy września godzina ósma trzydzieści , a ja siedzę w bibliotece i czytam i o jakiejś wojnie z goblinami. No cóż, Hogwart to w końcu szkoła tutaj są książki głównie do nauki, więc czytam to co jest.
Wieczorem kiedy Hagrid wyszedł po pierwszaków, ja ruszyłam do kuchni. Skrzaty z chęcią mnie obsłużyły i kiedy ja jadłam deser usłyszałam hałas z góry, który pewnie świadczył o tym że skończyła się ceremonia przydziału. Kiedy zjadłam powlekłam się do pokoju, połaskotałam klamkę i poszłam spać.
Kiedy się obudziłam jak najszybciej ruszyłam do wielkiej sali. Tam czekali na mnie Charlie i Bill. Siedzieli przy stole gryfonów i jedli śniadanie. Z uśmiechem pobiegłam w ich stronę.
- Bill! Charlie! - krzyknęłam i po chwili zarzuciłam ręce na szyję Billa. Potem przytuliłam Charliego.
- Urosłaś. - stwierdził Bill.
- Nie, to ty zmalałeś!
- Może – powiedział ze śmiechem czochrając moje włosy.
- Grace, to jest nowy gryfon, nasz brat Percy. - powiedział Charlie i wskazał na chłopaka który przypatrywał się nam z oddalenia, kiedy na niego spojrzałam odwrócił wzrok. Miał okulary i wyglądał na takiego, no... sztywniaka.
- Jedliście już?- Zapytałam po krótkim milczeniu siadając przy stole.
- Tak, ale jeśli chcesz ja mogę zjeść jeszcze raz. - powiedział Bill. Siadając obok mnie
- Ja nie jadłem, więc zjem z tobą. - powiedział Charlie i usiadł z drugiej strony.
- Co macie pierwsze?
- Ja mam runy. - mrukną Bill.
- Ja Opiekę nad magicznymi stworzeniami, a ty co będziesz robić?
- Nie wiem, może wezmę jakąś książkę i posiedzę z nią na dworze. Zanosi się na piękny dzień.
- Jedliście już?- Zapytałam po krótkim milczeniu siadając przy stole.
- Tak, ale jeśli chcesz ja mogę zjeść jeszcze raz. - powiedział Bill. Siadając obok mnie
- Ja nie jadłem, więc zjem z tobą. - powiedział Charlie i usiadł z drugiej strony.
- Co macie pierwsze?
- Ja mam runy. - mrukną Bill.
- Ja Opiekę nad magicznymi stworzeniami, a ty co będziesz robić?
- Nie wiem, może wezmę jakąś książkę i posiedzę z nią na dworze. Zanosi się na piękny dzień.
- Jesteś śmieszna Grace, masz do dyspozycji cały Hogwart przez cały rok i nie musisz się uczyć, a właśnie to robisz!? To absurd!
- Może mam do dyspozycji cały Hogwart, ale nie mogę robić wszystkiego. Muszę być cicho w czasie lekcji, a kiedy uczniowie są na korytarzach, nie mogę zwracać na siebie uwagi. Nie mogę sama chodzić nad jezioro ani do zakazanego lasu, nie mogę nawet chodzić po zamku kiedy wy macie lekcje, muszę siedzieć w bibliotece, na dworze, w pokoju, albo w gabinecie dyrektora. A kiedy już jestem na dworze nie mogę wziąć szkolnej miotły i poćwiczyć latania, no chyba że będzie ze mną ktoś dorosły, albo ty. Nie mogę chodzić za często do kuchni bo skrzaty domowe zajmowałby się tylko mną. Nie mogę siedzieć sama w pustej klasie. Jednym słowem, nie mogę robić nic, co komukolwiek w jakikolwiek sposób by przeszkadzało, lub w jakikolwiek sposób mi zagrażało. A jak już muszę to robić, to nie sama. No cóż chyba przyznacie że w takim wypadku jedyne co mogę robić w szkole, to uczyć się.
- Grace, przesadzasz! - odezwał się po mojej przemowie Bill-możesz na przykład... - tu zastanowił się chwilkę. - Na przykład możesz... poprosić Hagrida żeby zabrał cię do Hogsmeade
- Hagrid na pewno ma lepsze rzeczy do roboty i pożyteczniejsze. A tak przynajmniej się czegoś nauczę, a jak już będę uczennicą, będę widzieć tysiąc razy więcej niż ty w pierwszej klasie.
- Jasne. - mrukną Bill i spojrzał na coś co miałam za plecami – Co tam się dzieje!? Zostawcie go! - krzyknął. Kiedy się odwróciłam zobaczyłam że jacyś ślizgoni lewitują chłopaka z pierwszej klasy. Kiedy usłyszeli Billa wybiegli z sali. Podeszłam z Billem do chłopca, był raczej tęgi i mocno skołowany, bo właśnie spadł z mniej więcej pięciu stóp. Był z gryffindoru.
- Wszystko w porządku? Jak się czujesz?
- Tak, tylko boli mnie ramię.
- Jak masz na imię?- Zapytał Bill, a po chwili zadzwonił dzwonek.
- Oliver Wood.
- Oliverze wiesz jak dojść do skrzydła szpitalnego?
- Nie.
- Wstań. - mruknął podając mu dłoń – Grace cię tam zaprowadzi. Ja muszę iść na Runy.
- Dobrze.- powiedziałam zadowolona że mogę się do czegoś przydać. - do zobaczenia Bill! - zawołałam za nim, po czym spojrzałam na Olivera. - choć kolego, mogę się założyć że nic ci się nie stało.- i ruszyłam do skrzydła szpitalnego, a no poszedł za mną.
- A ty nie masz lekcji?- zapytał chłopak.
- Ja? nie ja się nie uczę, mam dopiero osiem lat!
- To co ty robisz w Hogwarcie?
- Mieszkam.
- Aha! Dlatego wiesz gdzie wszystko jest!
- Dokładnie, a tu jest skrzydło szpitalne, życzę zdrowia-powiedziałam i pobiegłam do biblioteki.
Tak jak myślałam dzień spędziłam na czytaniu Teorii Magii Adalberta Wafflinga. Tylko że zamiast siedzieć na dworze siedziałam w moim fotelu w gabinecie dyrektora.
Rok temu myślałam że zaczyna się właśnie przygoda mojego życia, ale prawda jest taka, że Hogwart jest nudny jak oglądanie zdjęć kotów pani Figg, które staruszka wysyłała mi regularnie.
___________________________
Przepraszam! Wiem że rozdział miał być jutro, ale nie miałam za bardzo czasu. Mam nadzieję że się nie obrazicie ;)



















